Wszystko już dobrze.


Nie odejdziesz, wierna powierniczko. Odporna na jad wysączony z winy tej drażniącej, toksycznej codzienności, niewzruszona na widok soczystej czerwieni, karminu ciszy i brunatnego krzyku. Nie odejdziesz, powtarzam, ni to do siebie, ni do przestrzeni. Wyraźnie bije ze mnie tło przeszłości. Wszystkie łamiące piszczele słowa noszę na sobie niemal jak odzież wierzchnią. I czytać można ze mnie godzinami, choć z dnia na dzień coraz trudniej. A zobacz, mi jednak wcale nie jest do śmiechu. Przychodzą ludzie piękni i wspaniali i po piórku mi wyrywają, tonę. Koniec. Wszystko jest przecież dobrze. Szybko mknący cień, chyba samego mnie, gania ludzi po zmroku. Chyba mnie nie ma tam, gdzie teraz być powinienem. Chyba wylano na mnie wiadro mocnego kleju i utknąłem w toksyczności.Nie ma błogości w źrenicach. Czyżby wszystkie moje sposoby umierania stały się powodem do życia? Noc urywa mi znów głowę. Nie! Koniec! Wszystko jest dobrze! Jesteś teraz kimś ważnym, słuchasz mnie. Moich beznadziejnych żartów, daj mi spojrzeć w oczy. Oczy to najlepsze zwierciadło duszy, może dla tego tak unikasz tego spojrzenia. Przeczuwałem. Gdzieś wewnętrznie jakaś cząstka mnie szeptała przytajonym, głuchym głosem, że nie powinienem nikomu oddawać jakiejkolwiek części siebie. Giętkim krokiem, ale jednak. Wysiadam po raz kolejny z autobusu. Z tramwaju oszukanej realności, w którego każdym kącie zalega się od skruchy i samotności. Ale przecież kto by śmiał na to narzekać.We are the future. Ile trzeba wypić drinków i zjarać blantów, by pleść takie brednie? Zauważyłem dziwną tendencję. Im bardziej potrzeba Nam obecności drugiego człowieka tym bardziej wszystkich odpychamy. To taka prowokacyjna gra. Nie myślisz? Ale proszę Cię, bez względu na wszystko przybiegnij do mnie, obezwładnij i przebij się do bezpiecznej strefy, do której nie dopuszczam nikogo. Nasze słowa unoszą się gdzieś w eter, wędrują z wiatrem, ciche prośby o pomocną dłoń. Nikt nie słucha wiatru. Czasami, gdy wydaje się nam, że to TO, na co czekaliśmy przez pozostałe lata właśnie się dzieje, właśnie nas spotyka, wszystko upada i pozostaje tylko to uczucie pustki. Stąd prosta rada: niczego nie oczekiwać. Skupcie się na teraźniejszości i nie wybiegajcie nadto w przyszłość, a nóż, może tym razem zostaniecie nagrodzeni? Nie wiem. Ale czy to ważne? Co jest ważne w dzisiejszych czasach. Moją pierwszą i najważniejszą życiową pasją jest muzyka. Która pozwali mi się wyciszyć. Tak to jest, gdy zaczynasz komuś ufać, zaczynasz zrywać swoje metalowe szwy na wargach i wylewa się z Ciebie potok krwawych wspomnień, wylewają się hektolitry zgnilizny, gniecionej przez kilkutonowe serce na sznurku. Chciał bym gdzieś uciec, mieć swój prywatny ocean na ławce pod dębem. I rozmawiać tam z Tobą, patrzeć Ci w oczy. Całe to zło, cała ta zaprzepaszczona szansa na lepsze jutro jest teraz lekcją, prześwietlającą mi drogę, drogę by stać się lepszym człowiekiem. Jesteś kimś więcej, niż ktokolwiek inny. Mogę z Tobą gadać przez telefon tak jak teraz kiedy to piszę, słuchać godzinami Twojego głosu. Dobrze, że jesteś.Wszystko, czego chcę, już mam. Wszystko, co powinno dawać mi szczęście, jest już na swoim miejscu. Moje życie ma barwy - a nie widzę ich. Przestaje mi się podobać ta szorstka rzeczywistość. Nie jest tak fascynująca, jak się wydawała. Przerażają mnie smętne cienie, hektolitry przelanych łez, szepty czające się za rogiem, oszczerstwa, kłamstwa, rany. Chciałem nie mówić Ci, ale muszę - wracam. Znowu. Odbicie wyblakłe i szumiące myśli. Wiemy obydwoje jak jest. Najpierwotniejsza wersja tego, czego wstyd Ci, tego, co chowasz skrycie pod skrawkiem koszuli albo za zgrabnie wetkniętym za ucho pasmem włosów. Krzyk jest nadzieją. Słowo "ból" jest zdecydowanie zbyt krótkim odzwierciedleniem tego, co się pod nim kryje. Boże. Ty jeden znasz moje imię...
Uwielbiam kiedy razem słuchamy muzyki.  Spowalnia czas reakcji, wydłuża kroki. Zobacz tylko te niewładne, zwisające ręce, będące moimi zaledwie przez tą nić połączenia w postaci ramion, zimnych i kanciastych. Zerknij za siebie, przyjrzyj się moim śladom. Ledwie je widać. Zupełnie jakbym już tylko czołgał się, chwytał w garść tnące naskórek źdźbła trawy, posuwistym ruchem, z wysiłkiem wartym więcej niż zastaniesz na mecie tej męczarni.Przychodzi moment kiedy nie ma się ochoty na imprezowanie i szaleństwa. Kiedy bardziej niż zabawa bawi Cię rozmowa z kimś kto Cię rozumie. Możesz też mieć wrażenie, że Cię rozumie. To jest nie ważne. Najważniejsze jest to, że jesteś radosny i szczęśliwy przy tej osobie. Najgorszy jest jednak fakt, że cały ciężar cierpienia noszę ja, ten, który walczył najdłużej i najwierniej. Ten, którego jak zwykle los mocno kopnął w tyłek, śmiejąc się do łez. Boże, ponawiam prośbę. Daj mi kogoś, kto nawet z postrzępionym sercem i połamaną duszą sobie poradzi i nie będzie odwracał wzroku. Anioła mi ześlij, bo ludzie nie wywiązują się z obowiązków, ta rola jest dla nich za trudna. Anioła...


 Wszystko brzmi dla mnie jak pocieszenie, wygodnie jest myśleć, że wciąż jest się do uratowania, nawet jak się już w to prawie nie wierzy; skazaniec pod szubienicą także pewnie myśli, że coś się stanie w ostatniej minucie, trzęsienie ziemi, sznur zerwie się dwukrotnie, przynosząc ułaskawienie, telefon od gubernatora, spisek, który go oswobodzi. (Gra w klasy, J. Cortazar)


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Rain in me

Make me feel

Zaloty