Witaj nieznajomy w Klubie Utrapionych

Warto włączyć do przeczytania :)


Witaj w Klubie Utrapionych.
Gdzie nawet w najpiękniejszych momentach swojego życia zostajesz nagle sprowadzony na ziemię. Witaj w Klubie w którym jesteś po prostu sobą. Nie potrzebne Ci żadne słowa. A natłok myśli wylewa się każdym możliwym otworem. Gdzie krwawe łzy z Twoich oczu tworzą krwawe wodospady. Najgorsza wtedy jest ta bezradność. Bezwład myśli jaki Ci towarzyszy, tyle słow ciśnie się do ust a żadne z nich nie może zostać wypowiedziane.

Kiedy ktoś potrafi doprowadzić Cię do takiego stanu, wiesz już że nie możesz przejść obojętnie obok kogoś takiego. Czujesz wtedy jak by mówił do Ciebie sam Bóg. Słowa te są prawdziwe, oczyszczając Cię, ale też przeszywają jak bardzo ostry sztylet wbity w Twoje serce z premedytacją. Masz wrażenie jak by otworzono Twoją duszę zaraz potem rozdarto ją na pół. W tym momencie nie liczy się dla Ciebie nic, stajesz się obojętny. Co nie oznacza iż nie przeżywasz tego. Każde słowo, każdy gest nawet zwykły dotyk jest dla Ciebie ukojeniem. Najważniejsza jest wtedy właśnie rozmowa. Człowiek głupieje kiedy to wszystko w nim siedzi. Powoli sobie zaczynasz zdawać sprawę ze wszystkiego.

Jesteś pewny, że chwyciłeś Pana Boga za nogi! Najgorsze są przeczucia, których nie wolno lekceważyć. Kiedy czujesz strach, lęk, ból idąc po raz kolejny jedną ze znajomych dróg. I wiesz,że w powietrzu wisi zajebista burza, która zmiecie Cię jak paprocha.
Najgorszy jest ból.
Ból który wypalił się w Twoim sercu jak ogromna dziura, która mi po Tobie została. Wciąż puchnie i krwawi, wylewając strumieniami ropę pulsującym rytmem. Wiatr przechodzi przez nią na wylot, a po grzbiecie sunie się nieubłagana fala wzdrygających dreszczy. Nie dajesz rady, rany się nie goją. Życie przeszyło mnie po raz kolejny swoimi ostrymi krawędziami. Szwy prześlizgnęły się lub popękały jak
struny, głuchym bez głosowym echem, które odbija się tylko co chwilę od pustych kości czaszki w dalszym ciągu. Martwica tkanek rozrasta się, okala całe moje serce. Pełznie po jego tkankach jak wąż po lepkich, mokrych kamieniach, a mnie paraliżuje niemoc. Zimny lęk ogarnia kończyny, kostnieją, przestają być posłuszne. Głowa już nie ta. Chcę z siebie zrzucić to okalające moje serce piętno.
Zacząć krzyczeć z całych sił, zedrzeć gardło, odgonić, przestraszyć, zrzucić to wszystko jednym ruchem. Nie odnajdujesz ani jednej wiązki ciepłego światłą, strumyczka niewidzialnej siły.

''To ja tramwaj zarzucił na mnie pętlę no i znów trzeba wydukać parę zdań i kołek z drewna włazi w krtań. W cesarskich cięciach każde z prostych słów''

Zęby drgają od nacisku mojej woli, powieki zaciśnięte marszczą się gdzieś w kącikach oczu. Mięśnie zastygły jak kamień. Zawieszone na Twych kościach niczym stary płaszcz na odrapanym wieszaku. Szkoda wyrzucać, szkoda odbierać miano użytecznego. Może się jeszcze kiedy przyda. Ten płaszcza.
Ból jakiego doznałeś nie zmaleje i nie należy go mylić naiwnie z cierpieniem zdrowia, które na tą chwilę jest złudne. Świat stał mi się wrogi. Pod ziemię zakopał wszystko na czym mi tak zależy. Śnisz się co noc i nie pojawiasz się, a warstwa piachu jest bardzo gruba, zamarznięta, nieprzenikalna dla kropel, co sieję dzieje ze mną, gdy zamiast widzieć Cię i trwać przy Tobie, dotykam tą gnijącą dłonią bariery z gładkiego marmuru.
Czy Ona pokochała mnie prawdziwego ? Czuję w sobie ogromny mętlik, który chciał bym skończyć. Jest ze mną na prawdę źle, zaczynam Ją widywać na ulicy kiedy tak na prawdę to nie Ona. Pojawia się każdego dnia... Mam dość... Serce boli,  tak bardzo chciał bym Cię przytulić. Gdy już przestanę się gubić i drgać jak przy febrze przy jakimkolwiek wspomnieniem szklistych oczu, przyjdę i podziękuję. Niewdzięcznie, z odznaczającym się w tle syndromem nieudacznika, ale podziękuję. Bez słów, bez znaków przestankowych. Zwyczajnie.
Prostolinijnie, jak promyki słońca wydobywające się z Twoich pięknych oczu.!


Posłanie do nadwrażliwych
Kazimierz Dąbrowski



      Bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi
      za waszą czułość w nieczułości świata
      za niepewność wśród jego pewności
      Bądźcie pozdrowieni

      za to, że odczuwacie innych tak, jak siebie samych
      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że odczuwacie niepokój świata
      jego bezdenną ograniczoność i pewność siebie
      Bądźcie pozdrowieni
      za potrzebę oczyszczenia rąk z niewidzialnego brudu świata
      za wasz lęk przed bezsensem istnienia
      Za delikatność nie mówienia innym tego, co w nich widzicie
      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą niezaradność praktyczną w zwykłym
      i praktyczność w nieznanym
      za wasz realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego
      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą wyłączność i trwogę przed utratą bliskich
      za wasze zachłanne przyjaźnie i lęk, że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami
      Bądźcie pozdrowieni
      za waszą twórczość i ekstazę
      za nieprzystosowanie do tego co jest, a przystosowanie do tego, co być powinno
      Bądźcie pozdrowieni
      za wasze wielkie uzdolnienia nigdy nie wykorzystane
      za to, że niepoznanie się na waszej wielkości
      nie pozwoli docenić tych, co przyjdą po was
      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że jesteście leczeni
      zamiast leczyć innych
      Bądźcie pozdrowieni
      za to, że wasza niebiańska siła jest spychana i deptana
      przez siłę brutalną i zwierzęcą
      za to, co w was przeczutego, niewypowiedzianego, nieograniczonego
      za samotność i niezwykłość waszych dróg
      bądźcie pozdrowieni nadwrażliwi



Zabrałaś się w mgnieniu oka, bez słowa. O tyle miałem jeszcze zapytać. Tak wiele pytań nie pozostało zamkniętych. Tyle godzin skierować na leniwy tor spokojnego, kojącego głosu, zabraniającego sekundom gnać z pośpiechem. Powiedz, kto jeszcze tak potrafi słuchać? Gdzie szukać mam tej bezinteresownej i wiecznie otwartych drzwi?
Pamiętam ten wieczór bardzo dobrze, wracając do niego zawsze przed snem kiedy zasnęłaś mi,
zanim powiedziałem to pierwsze i ostatnie takie już "dobranoc" mogło by się wydawać. Stało się. Zasnęłaś. Zamykam oczy i niemal czuję Cię, Twój dotyk. Czuję jak mnie dotykasz gdzieś w okolicach kolca biodrowego. Trzymaj tam, proszę, mocno, uściśnij niezakrzepnięte me rany, póki ten żal, póki ten strach przed Twą nieobecnością przestanie górować ponad jakąkolwiek miarę. Przyjdź, proszę Cię, przyjdź. Może znów zakwitnie obudzony promieniami Twojej nadziei kwiat oddania, póki ból, przekrystalizowany w gotowość poświęceni i uwielbienie, pragnę założyć w Twe ręce. O Pani. Wręczyć Ci taki własnoręcznie ulepiony, lichy order, wciąż jednak najlepszy, na jaki mnie stać.
Przyjdź. Weź ze sobą nóż, kilka kwaśnych słów i przyjdź. Podnieś dłoń do góry, wyceluj w jedno z nas. Wyceluj w to, które nas zniszczyło. Wyceluj a potem, proszę, przynajmniej mnie pochowaj.

Przyjdź. Póki jeszcze ma siłę, kwitnie we mnie ten obudzony promieniami nadziei kwiat oddania, póki ból, przekrystalizowawszy w gotowość poświęcenia i uwielbienie, pragnę złożyć w Twe ręce, wręczyć Ci taki własnoręcznie ulepiony, lichy order, wciąż jednak najlepszy, na jaki mnie stać.
Przyjdź. Weź ze sobą nóż, kilka kwaśnych słów i przyjdź. Podnieś dłoń do góry, wyceluj w jedno z nas. Wyceluj w to, które nas zniszczyło. Wyceluj a potem, proszę, przynajmniej mnie pochowaj.

Mała Syrenka, niby zwykła bajka a jednak ma coś w sobie. Jestem ostatnim z ogniw tego łańcucha. Ostatnim, najmniej ważnym, pomijanym, ale i pierwszym, pożeranym przez was szybkimi zębów szarpnięciami. Poczekaj sobie trochę, poczekaj. Nagle zorientujesz się, że ci umknąłem, zostałem za bardzo z tyłu, skręciłem nie tam, gdzie ty i nie ma mnie bardziej jeszcze niż kiedyś.
Gdyby nie wiara w Boga i moje nawrócenie w Krakowie. Nie stał bym w tym miejscu gdzie stoję obecnie. Nabrałem wielkiego szacunku do Nowenny Pompejańskiej bo jest ogromną sztuką.
Lecz nie wolno się poddawać, co uczyniłem wielokrotnie. Teraz już sam nie wiem gdzie jestem, na prawdę. Dzisiejsze spotkanie z Jezusem przed Najświętszym Sakramentem podziałało.
Dostałem odpowiedź jeszcze dzisiejszego dnia podczas porannej zadumy przy Nim.

''Duch przychodzi nam z pomocą w naszej słabości. Gdy nie wiemy, jak mamy się modlić. Duch wstawia się za nami wołaniem bez słów. ''
DO RZYMIAN 8, 26-27

 Przytoczę fragment słów wypowiadanych przez bp Rysia :

"Ja muszę powiedzieć, że ile razy słyszę, ile razy czytam Słowo i dochodzę do Judasza. Jakikolwiek tekst o Judaszu, ja myślę o sobie. Nie potrafię przeczytać tekstu o Judaszu w spokojny sposób. Ja nie ma żadnej pewności co do siebie samego. Judasz był posyłany jak inni Apostołowie, należał do tej dwunastki, można go sobie wyobrazić jak wraca po tej pierwszej misji i mówi o tym : "Jakie cuda się dzieją przez to, że nas posłałeś, złe duchy nam się poddają."
Był kimś kogo Jezus wyróżnił, trzymał w tym gronie kasę, był człowiekiem zaufania.
Jezus mówi na ostatniej wieczerzy : "Jeden z was mnie zdradzi."
My byśmy chcieli mówić ,że on nie jest nasz. Pewni to my możemy być miłości Boga do nas, a swojej do niego? "
~ bp Grzegorz Ryś


Postawmy sobie przede wszystkim pytanie. Jestem takim Judaszem, to śmiałe określenie. No ale cóż taka jest prawda, zwłaszcza teraz kiedy uwierzyłem w Boga po pięciu latach świadomej wiary. Warto było na to czekać ! Tego nie da opisać słowami, jaka radość w Tobie promieniuje jednocześnie z zewnątrz walczą o Ciebie siły dobra i zła. Które za każdym razem uderzają coraz mocniej. Nie wolno też nam być egoistami. To o my przeżywamy, nie może się równać w jakikolwiek z ból Jezusa Chrystusa, który przecież zmarł za nasze grzechy. !
Amen !


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rain in me

Zaloty