Przebudzenie
Witam serdecznie. Dzisiaj chciał bym wam przedstawić punkt widzenia człowieka sukcesu. Który spełniał się zawodowo jako, ojciec, mąż, szef. Stracił część siebie. Dzisiaj jest wrakiem.
Mój najlepszy czas minął, ale nie chcę, by zatarły się wspomnienia. To
jedyne, co mi zostało z przeszłości. Ja nie chcę zapomnieć. Nie chcę, by chwile znikły, nawet te złe ulokuję w sercu.
Wstrząsają mną dreszcze. Nie wiem, czy bardziej zimno duszy, czy tej fizycznej powłoce. Nie wiem,
Wcale nie jest dobrze, widzę, jak to mnie osłabia, jak przerywa mi wszystko, czym staram się wypędzić myśli z głowy. Nie mogę się skupić, bo przed oczami wyobraźnia wciąż wyświetla mi ten sam obraz. W kółko, bez przerwy. Nie dam rady się uwolnić, nawet czas jest jakby bezradny. Czas już nie leczy ran jak kiedyś. To po prostu zbyt trudne do opisania i ubrania w jakiekolwiek słowa.
Zazdroszczę jej...
Zazdroszczę jej wszystkiego, dosłownie.
Zazdroszczę jej tego, że urodziła się w takim a nie innym domu.
Zazdroszczę jej tego, że ma pełną miłości rodzinę
Zazdroszczę jej tego, że jej największym problemem są problemy rodzinnie i jej facet.
Współczuję jej...
Współczuję jej, że jest z kimś takim jak ja.
Współczuję jej, że jej facet chce robić coś spontanicznie..
Współczuję jej, że mogła by być z kimś lepszym niż ja.
Kiedyś nawet wojna była niczym dla ludzi, którzy się kochają. A teraz? Teraz jest w nas dziwna tendencja do niedopowiedzeń i ukrywania pod warstwą uśmiechu tego, co czujemy. Dziś wszyscy są uśmiechnięci. Tylko nieliczni - naprawdę. Zrobiliśmy z życia maskaradę, wieczną sztukę, w której co chwilę ktoś upada, a cała reszta skutecznie udaje, że nic nie widzi. Uciekamy od odpowiedzialności. Chcemy żyć lekko, szybko i intensywnie, dostarczając sobie przeróżnych bodźców, aby tylko sprawdzić, czy nadal jesteśmy ciepli i czy płynie w nas krew. Cały czas chcemy więcej substratów, w wyniku których czujemy. Cokolwiek, nieważne, co, oby tylko czuć, oby jeszcze żyć, oby jeszcze nie umierać. Mój najlepszy czas minął, ale nie chcę, by zatarły się wspomnienia. To jedyne, co mi zostało z przeszłości. Ja nie chcę zapomnieć. Nie chcę, by chwile znikły, nawet te złe ulokuję w sercu. Oblewa mnie fala zimna, chwytają macki wątpliwości, a krew paruje, topiąc skórę. Coraz częściej dostrzegam w sobie nieznane rozbieżności, jakieś przebłyski wariactwa, sygnały z nieznanego świata w głowie. Obracam się wokół krzywo narysowanej osi, po swojej zaplamionej niejednokrotnie krwią i bólem orbicie.
Każda sekunda nie pozwala zapomnieć. Słowa krążą. Czy wytrzymam do zbawienia? Aniele Stróżu, ile potrwa ten twój urlop? Mentalny stan samozagłady i poczucie destrukcyjnego bycia ponad tym wszystkim i pod jednocześnie miesza we mnie sprzeczności, wirujący system wartości ociera się o krawędź przepaści, tej samej przepaści, ale to i tak nieważne. Bo zewsząd. Od strony okien, drzwi, podłogi. Z zachodu, wschodu, z góry i z dołu. Od buzującej w szkle wody i gorącej fali słońca. Wszystko mi mówi, że tak wygląda jeden z kolejnych końców, finałów. W tym miejscu jest meta, tu doczołgała się krwawiąca nadzieja w porwanej sukni, tu leżą postrzępione plany jednej ze stron i ich stanowcze zaprzeczenia drugiej, to właśnie tu umierają moje niewypowiedziane zdania, którymi, wydawało się, mogę jeszcze tak wiele naprawić. To meta, przy której nikt nie wiwatuje. Niebo jest szare i jest środek zimy. Dławią się krtanie nasze od wewnętrznych zranień, krwotoków. Czasami czuję się jak potwór, którego wyzwala. Ale jest coraz lepiej. Staję się innym człowiekiem. Takim który wie gdzie jest jego miejsce i będzie o nie walczył. Tradycyjnie kończę to, co zaczęłam, jak wszystko, z wyjątkiem dotrzymywania obietnic. Żadnych obietnic które na nic się nie zdają. Pewnie to mój wybór, wina moja, moja skaza. Pewnie to takie małe "tylko", takie nieistotne tło, które zamyka oczy i nocą jest w środku dnia. Pewnie niezauważalnie znikłam i zwątpiłam w swoją przyszłość, widzieć siebie nie muszę wcale, by znać tą zerową wartość i wciąż od świadomości uciekać. Chcielibyśmy jeszcze jakimś cudem nadać życiu smaku, aby było po nocach o czym rozmawiać. Aby cisze zagnieść natłokiem słów, natłokiem zdarzeń. Chcielibyśmy zrobić coś, cokolwiek, by to życie żyć zaczęło. A ja? A ja chodzę spać o dwudziestej drugiej i nie mam siły, aby wstać, nie mam czasu na śmianie, na żegnanie, na zaprzeczanie... Jakoś tak wyblakłam, marnując czas po kątach, znając smak tylko zimnej herbaty i śniąc już wyłącznie o niczym. Wlokąc się za pędzącym czasem - zrozumiałam. Zrozumiałam. Z perfekcyjną w swej prostocie świadomością.
Poczekamy sobie miesiąc, rok, dwa, osiem. Aż coś w przycinających się,
zardzewiałych zębatkach zaskoczy, wejdzie na właściwe miejsce i w
którymś z naszych mózgów pojawią się pytania. I będzie mnóstwo, mnóstwo
chętnych, by na nie odpowiedzieć, ale już za późno. Na nic próby
cofnięcia czasu, działać trzeba teraz, TERAZ, teraz, gdy może ktoś z
uśmiechem na zaróżowionej twarzy, w oczach szklistych umiera. Bycie gównem tak bardzo weszło mi w nawyk, że już nie potrafię patrzeć na świat w innych kategoriach. Stałem się więźniem własnej psychiki, któremu próbuje na siłę coś wmówić. To nie życie pełnią życia, to letarg. Z trudem możesz się podnieść po czymś takim. Mimo wszystko musisz się przebudzić. Rozumiesz po jakimś czasie, że tkwisz w tym tak długo, że ciężko będzie Ci z tego wyjść. Wyjdziesz jednak, zajmie to dużo czasu gdyż droga nie będzie prosta.
Życie, choć czasem nie do końca je rozumiemy to wszystko co mamy. Nie każdy potrafi to docenić, nie każdy potrafię się otrząsnąć po wydarzeniach, którego miały miejsce w jego życiu. Wszystko odcisnęło piętno na jego słabej psychice a mimo to wcale się nie poddaję. Walczy o szczęście, o normalność, o to aby mógł być godny. I spojrzeć sememu sobie w lustro ze spokojem. I powiedzieć : "Zrobiłem to co należało do mnie, teraz Twoja kolej"
Pozdrawiam Kamil

Komentarze
Prześlij komentarz