Requiem


 Przestań marzyć. Przestań żyć w świecie wątpliwych obietnic. Wstań i spójrz rzeczywistości w oczy.
   Nie uciekaj od prawdy, nawet jeśli ona brutalnie wypali twoje oczy. Wyjdź z kryjówki, chowając się nie niszczysz problemów, a jedynie ich nie widzisz. Skończ to. Urwij passę niepowodzeń spowodowaną przez strach. Weź się w garść. To Ty jesteś Panem swojego losu i jedne co może przeszkodzić Ci w osiągnięciu swojego celu to Ty sam. Wyjdź z uścisków niemocy, niech kontrola oddechu i delikatny szum wiatru pozwolą Ci choć na chwilę zniknąć w swojej podświadomości i stoczyć w końcu walkę ostateczną. Mentalny stan samozagłady i poczucie destrukcyjnego bycia ponad tym wszystkim i pod jednocześnie miesza we mnie sprzeczności, wirujący system wartości ociera się o krawędź przepaści, tej samej przepaści, ale to i tak nieważne. Bo zewsząd. Od strony okien, drzwi, podłogi. Z zachodu, wschodu, z góry i z dołu. Od buzującej w szkle wody i gorącej fali słońca. Wszystko mi mówi, że tak nie powinna wyglądać walka. Czas w końcu się określić, spojrzeć prawdzie w oczy, dobitne zaznaczyć co jest ważne, wytyczyć granicę przez którą przejdą tylko najwytrwalsi. Wszystkie pajęcze nici trzymające mnie w więzieniu ciszy zostały podrapane, zaburzono ich idealną przestrzeń. Każdy jednorazowy szczebel krat spójności obietnic o milczeniu wobec samej siebie runął z hukiem łamanych kości, a otoczka z uśmiechów i niedotlenionych zdań o szczęściu najszczęśliwszym i skoncentrowanym jak lekka mgiełka upadła bezszelestnie na podłogę. Nie chcę już nikogo udawać, chcę przestać, być po prostu sobą. Przeplatając pomiędzy siebie znaki zapytania, jak pasma włosów w warkoczu, bawię się stanem niedomówień i przeraźliwych obaw. Nieznany dla zbłąkanych oczu oczu obszar niepewnych kroków, stawianych pod przymusem poganiających doświadczeń z kartek kalendarza. Czas je spalić, tylko przeszkadzają. Po co na siłę wracać, do czegoś co tylko wywarło straszliwy ból w Twoich trzewiach. Już nie długo. To inny blask słońca, padający na nasze twarze pod innym kątem. Wyczekiwany i chciany jak powiew ciepłego wiatru, już czas najwyższy odciążyć barki, rozluźnić się. Zegar tyknie tysiące razy, nim będę lekko oddychać na myśl o Twoim cieniu spacerującym po mojej psychice. Z jednej strony to straszne wpuścić kogoś do swojego swoistego Archiwum X  i zwiedzającym je jak dziecko las - z zaintrygowaniem, ciekawością i lękiem, lecz nadal z odwagą. Nie umiem zaakceptować swojego "ja". Dobrze, że przynajmniej dostrzegam wady mojej diametralnej zmiany. Dobrze, że tu, w pustym, ciemnych pokoju umiem wyznać prawdę jasnemu ekranowi komputera, klikając leniwie w klawisze. Dobrze, że on nie widzi moich zaszklonych oczu...



 Skąd masz w sobie tę siłę? Czemu nie uciekasz?  Dlaczego nie próbujesz się mnie pozbyć, gdzie wykrzyczane słowa protestu? Zanim usnę, chciał bym usłyszeć Twój głos.

 

Kto zna
mych cichych marzeń smak
mój dotyk wspomnień gdy mi czegoś brak
kto przeżył ze mną koszmar zły
nikt
czy kogoś obruszył strach mój
ból i krzyk - nikogo,
któż memu życiu nada sens, 
kto zamknął świat mój
w małej pięści, 
do dwóch mych dłoni dorzucił dwie 
i kogo wzywa serce me- 
nikogo oprócz Ciebie
bo Ty łzy ocierasz z mych dni
na świecie tym nie zna mnie nikt
tylko Ty. ( ? )





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Rain in me

Zaloty

Witaj nieznajomy w Klubie Utrapionych